Planując budżet na 2026, nie musimy wróżyć z fusów – wystarczy spojrzeć w Dzienniki Ustaw i dyrektywy unijne. Kierunek jest jasny: przyspieszona dekarbonizacja do 2030 roku oznacza droższe uprawnienia do emisji CO2 (EUA). Dla polskiego systemu, wciąż opartego na węglu, każdy skok cen uprawnień o 10 euro przekłada się na konkretny wzrost kosztów wytwarzania, co odczujemy w cenach hurtowych.
Równie istotne jest to, czego prawdopodobnie zabraknie. Budżet państwa jest zbyt obciążony, by w nieskończoność utrzymywać mechanizmy osłonowe. Należy założyć scenariusz "powrotu do rynku" – pełnej ekspozycji na ceny giełdowe, ewentualnie z punktowym wsparciem jedynie dla branż energochłonnych. Jednocześnie nowe regulacje wreszcie otwierają drzwi dla rozwiązań rynkowych: elastyczności popytu, cable-poolingu czy dynamicznego rozwoju magazynów energii. To właśnie tam, a nie w dopłatach, trzeba szukać oszczędności.
Zapomnijmy o stawkach sprzed dekady, ale też nie wpadajmy w panikę rodem z roku 2022. Modele wskazują, że średnie ceny w 2026 roku ustabilizują się gdzieś pośrodku – będą o 20-40 proc. wyższe niż przed kryzysem, ale bez ekstremalnych skoków średniorocznych.
Prawdziwym wyzwaniem nie będzie jednak sama wysokość ceny, a jej zmienność. Czeka nas pogłębianie się tzw. "krzywej kaczki": godziny południowe, gdy fotowoltaika pracuje pełną parą, mogą być rekordowo tanie (a nawet ujemne), podczas gdy wieczorne szczyty będą drenować budżety. Jeśli firma ma sztywny profil produkcji i nie zabezpieczy cen, ryzykuje, że wpadnie w najdroższe godziny doby, płacąc krocie na rynku bilansującym.
Coraz więcej OZE w systemie to niższa cena samej energii (czarnej), ale wyższe koszty utrzymania stabilności sieci. Ten koszt zostanie przerzucony na odbiorców w opłatach dystrybucyjnych. Może dojść do paradoksu: wynegocjujemy świetną stawkę za samą energię, a faktura i tak wzrośnie przez opłaty przesyłowe, mocowe i systemowe.
Tradycyjny model zakupowy przestaje się tu spinać. Ucieczką do przodu jest autoprodukcja i bezpośrednie kontrakty z wytwórcami (cPPA). Własna instalacja PV pokrywająca np. 30 proc. zapotrzebowania to już nie tylko kwestia wizerunku, ale matematyki – to jedyny sposób na realne obniżenie opłat zmiennych dystrybucyjnych.
Dla CFO rok 2026 to ostateczny argument za tym, by przestać traktować energię jako zwykły koszt stały, a zacząć zarządzać nią jak ryzykiem walutowym. Wymogi ESG stają się tu sprzymierzeńcem. Banki i kontrahenci coraz częściej pytają o ślad węglowy. Długoterminowy kontrakt PPA na zieloną energię załatwia dwa problemy naraz: stabilizuje cenę na dekadę (działając jak polisa ubezpieczeniowa) i drastycznie obniża emisyjność w raporcie niefinansowym. To pragmatyzm, nie ekologia.
Bierność to najgorsza strategia. Zamiast czekać na ruch rządu, firmy powinny podjąć cztery konkretne kroki:
Audyt 2.0: Sprawdź nie tylko ile zużywasz, ale kiedy. Profil godzinowy to twoja karta przetargowa.
Dywersyfikacja portfela: Nie kupuj wszystkiego "na sztywno". Mieszaj kontrakty terminowe z zakupami spotowymi i umowami PPA.
Efektywność jako zarobek: Jeśli możesz przesunąć produkcję na tańsze godziny lub zredukować moc na wezwanie operatora (DSR), zrób to. To dodatkowy przychód, który leży na stole.
Monitoring: Wyznacz osobę, która śledzi rynek. Sytuacja zmienia się zbyt dynamicznie, by reagować dopiero po otrzymaniu faktury.
Rok 2026 nie musi być katastrofą. Dla firm, które odrobią pracę domową i przestawią się na aktywne zarządzanie energią, może być wręcz okazją do zbudowania przewagi nad konkurencją, która wciąż czeka na "powrót starych, dobrych czasów". Te czasy już nie wrócą.